Bierzesz do ręki książkę, zaglądasz, a tam szpilka. Przewracasz stronę, a tam igła. Stwierdzasz, że coś jest nie tak, ale na kolejnej trafiasz na guziki. Co jest? Po prostu - needlebook.
Uwielbiam czytać. Właśnie niedospana snuję się po mieszkaniu, bo do białego rana zaczytywałam się w książce "Kwiaty na poddaszu". Taka odskocznia od moich sztandarowych lektur. I zanim wpadnę na pomysł napisania książki, co jest obowiązkiem każdego, kto w dzisiejszych czasach umie czytać i wydaje mu się, że umie też naskrobać kilka sensownych słów, więc udziela się w internetach - postanawiam sobie książkę specjalną uszyć.
Oglądam w sieci zdjęcia przeróżnych książko-igielników, wszystkie są piękne, ja też chcę, żeby mój był piękny. Większość jest pastelowa, więc moja również będzie w tej konwencji. Sporo jest z kokardkami, o rany, zostanę przy kawałku koronki. Część jest różowa - wymiękam. Wybieram niebieski.
Dobieram starannie guzik, który ma złapać okładkę. To gotowiec, kupiony na za grosze w markecie (takie paczuszki po 6 sztuk). I kawałek gumki, która ma złapać guzik.
Wybieram filc, pastelowy oczywiście. Biel, prawie łosoś i trochę niebieskiego. I kilka mniejszych guziczków, które przymocowuję do jednej ze stron tej, jakże bogatej w swoim wnętrzu, książeczki.
Cztery wystarczą. Aha, wewnętrzna część okładki, to znane Wam już gwiazdy na szarościach. Zero różu. Zszyte, zmontowane, poskładane do kupy z przodującym niebieskim i pastelowymi arkuszami filcu. Wyciętego w ząbki, bo zabawniej.
I jeszcze miejsce na właściwą zawartość - igły, szpilki.
Znalazło się też miejsce dla agrafki, chciała bardzo towarzyszyć pozostałym akcesoriom. Przymocowane na kawałku bawełnianej tasiemki, od spodu, dla wzmocnienia, podszytej również paseczkiem filcu. Uzyskujemy w ten sposób efekt przestrzenny i wszystkie ostre końce sprzęcików łatwiej wbić.
Najwięcej czasu spędziłam nad kolorystyką główek szpilek, które miały wystąpić na zdjęciach. Pastelowa monotonia przełamana została czerwonym.
I to właściwie cała historia - książeczka dla efektu wypchała... wypchana została ocieplinką, przynajmniej żadna szpilka nie złoży zażaleń, że wiosna jeszcze nie za ciepła. A ja, sięgając po sieciowe inspiracje, zostałam z dodatkową, małą, słodką książeczką... tylko dla dorosłych :)
sobota, 28 marca 2015
poniedziałek, 23 marca 2015
Serce pika..., czy pikuje?
Naczytałam się o pikowaniu. Nasłuchałam się o pikowaniu. O tym, że trzeba mieć fach w ręku. Że stopka specjalna. Że cierpliwość i pomysł w głowie. Nie miałam nic. Co wyszło? Na przykład Maszyna do teraz nie może wyjść ze zdumienia. A z siebie wyszła kilka razy po drodze... ;)
Materiał w róże nabyłam, popatrzyłam i pocięłam. Wpasował mi się pomysł jakże nowy - przydasiowy. Na wszystko. Na mniejsze i większe, walające się po torebce bardzo ważne bzdury. Na lusterko, szminkę i chyba puder, chociaż nie wiem, bo napisy już się zdarły. No, kobiece róże pasują tu idealnie!
Potem przyszły medytacje na temat zamka, co jak się okazuje - nie jest wcale prostym zajęciem. Otóż kolor kolorem; ale to przyszycie! Byłam już na etapie fascynacji wszywaniem zamków wszelakich, zakochałam się w tym i byłam gotowa niemal chińskim sposobem pańszczyznę odwalać, wszywając zamki zawsze i wszędzie! Co to była za miłość! Maszyna aż się rwała do zadań!
Do momentu, jak zaczęłam się zastanawiać, jak ja to robię. I szlag trafił, piorun wpadł, skończyło się. I poszło krzywo. Albo pod włos. Albo wcale nie poszło. A boki uszytków przy wywijaniu stawiały opór. Myślenie mnie przerosło i teraz każdy zamek oglądam trzy razy przed dotknięciem.
A z zamkowymi końcówkami dalej mam problem.
Ale się postarałam i nawet ostębnowałam ten zamek. Co ma niebagatelne znaczenie i Co Będzie Do Udowodnienia niedługo. W środku rozpanoszyło się szare gwiaździste niebo, na szczęście wiadomy zamek je przytrzymuje.
Ale! O czym to ja miałam!?
Najważniejsze, że jak już pocięłam materiał w róże i przygotowałam sobie ocieplinkę - wpadłam na pomysł piku pik...owania. Bez przygotowania, Moje Drogie. Bez wiedzy kompletnie! Bez znaczenia!
I w pamięci miałam dobre rady Kobiet Szyjących (taka specjalna, niesamowicie przyjazna generacja;) ), by zacząć piku pik od środka pociętego kawałka. A potem dokończyć w drugą stronę. Nie odnotowałam tylko, że należałoby przypilnować, co by druga strona też wyszła prosto. Bez znaczenia!
Maszyna tak się rwała do pikania na gęstym ściegu, na jedyneczce, że aż porwała nić dwa razy! Ile ja się z nią natrudziłam! Bez znaczenia!
Najważniejsze, że jakiś piku-wzór udało się wyrysować na tych różach. I, że całość się trzyma.
Bo, czy ja zostanę skończoną fanką piku pik... owania, to ja jeszcze nie wiem.
Żeby się pocieszyć, że pikanie i pikowanie, to nie wszystko, powalczyłam jeszcze z przestrzeniami gwiaździstymi i zrobiłam szarego uszytka na drobiazgi. Do bólu poprawnego, bez fanaberii.
Bez fantazji, jak dorzuciła pod nitką Maszyna. Cóż, czasem trzeba być poprawnym. Czy ma to znaczenie? :)
Tu już nawet z zamkiem nie kombinowałam, tylko go dwustronnie przyskrzyniłam. CBDU.
Pojemność tych drobiazgowych (bo od drobiazgów) uszytków nawet mnie zaskakuje. Przecież takie kawały nieba i róż pocięłam! Jak to się dzieje? Co z tego wyrośnie??
Same widzicie więc, Drogie Czytelniczki, że w kwestiach odkrywania nowych sposobów na zagięcie Maszyny nic nie jest trudne. Wystarczy trochę chęci, zapału i prujka! Nie mówię, że to jest idealne, o nie! Ale rozwojowo - fantastyczne! A reszta jest... bez znaczenia :)
I jeszcze chciałam w imieniu swoim i Maszynki podziękować wszystkim, którzy oddali na nas cenne głosy w konkursie Łucznika. Uwielbiamy Was wszystkich i dla każdego postaramy się poprowadzić każdą nić prosto! :)
Materiał w róże nabyłam, popatrzyłam i pocięłam. Wpasował mi się pomysł jakże nowy - przydasiowy. Na wszystko. Na mniejsze i większe, walające się po torebce bardzo ważne bzdury. Na lusterko, szminkę i chyba puder, chociaż nie wiem, bo napisy już się zdarły. No, kobiece róże pasują tu idealnie!
Potem przyszły medytacje na temat zamka, co jak się okazuje - nie jest wcale prostym zajęciem. Otóż kolor kolorem; ale to przyszycie! Byłam już na etapie fascynacji wszywaniem zamków wszelakich, zakochałam się w tym i byłam gotowa niemal chińskim sposobem pańszczyznę odwalać, wszywając zamki zawsze i wszędzie! Co to była za miłość! Maszyna aż się rwała do zadań!
Do momentu, jak zaczęłam się zastanawiać, jak ja to robię. I szlag trafił, piorun wpadł, skończyło się. I poszło krzywo. Albo pod włos. Albo wcale nie poszło. A boki uszytków przy wywijaniu stawiały opór. Myślenie mnie przerosło i teraz każdy zamek oglądam trzy razy przed dotknięciem.
A z zamkowymi końcówkami dalej mam problem.
Ale się postarałam i nawet ostębnowałam ten zamek. Co ma niebagatelne znaczenie i Co Będzie Do Udowodnienia niedługo. W środku rozpanoszyło się szare gwiaździste niebo, na szczęście wiadomy zamek je przytrzymuje.
Ale! O czym to ja miałam!?
Najważniejsze, że jak już pocięłam materiał w róże i przygotowałam sobie ocieplinkę - wpadłam na pomysł piku pik...owania. Bez przygotowania, Moje Drogie. Bez wiedzy kompletnie! Bez znaczenia!
I w pamięci miałam dobre rady Kobiet Szyjących (taka specjalna, niesamowicie przyjazna generacja;) ), by zacząć piku pik od środka pociętego kawałka. A potem dokończyć w drugą stronę. Nie odnotowałam tylko, że należałoby przypilnować, co by druga strona też wyszła prosto. Bez znaczenia!
Maszyna tak się rwała do pikania na gęstym ściegu, na jedyneczce, że aż porwała nić dwa razy! Ile ja się z nią natrudziłam! Bez znaczenia!
Najważniejsze, że jakiś piku-wzór udało się wyrysować na tych różach. I, że całość się trzyma.
Bo, czy ja zostanę skończoną fanką piku pik... owania, to ja jeszcze nie wiem.
Żeby się pocieszyć, że pikanie i pikowanie, to nie wszystko, powalczyłam jeszcze z przestrzeniami gwiaździstymi i zrobiłam szarego uszytka na drobiazgi. Do bólu poprawnego, bez fanaberii.
Bez fantazji, jak dorzuciła pod nitką Maszyna. Cóż, czasem trzeba być poprawnym. Czy ma to znaczenie? :)
Tu już nawet z zamkiem nie kombinowałam, tylko go dwustronnie przyskrzyniłam. CBDU.
Pojemność tych drobiazgowych (bo od drobiazgów) uszytków nawet mnie zaskakuje. Przecież takie kawały nieba i róż pocięłam! Jak to się dzieje? Co z tego wyrośnie??
Same widzicie więc, Drogie Czytelniczki, że w kwestiach odkrywania nowych sposobów na zagięcie Maszyny nic nie jest trudne. Wystarczy trochę chęci, zapału i prujka! Nie mówię, że to jest idealne, o nie! Ale rozwojowo - fantastyczne! A reszta jest... bez znaczenia :)
I jeszcze chciałam w imieniu swoim i Maszynki podziękować wszystkim, którzy oddali na nas cenne głosy w konkursie Łucznika. Uwielbiamy Was wszystkich i dla każdego postaramy się poprowadzić każdą nić prosto! :)
wtorek, 17 marca 2015
Szyciowy blog roku - och!
Blog jest. Szyciowy, bo od szycia. A czy blog roku? Mojego na pewno, chociaż jeszcze rok nie minął od rozpoczęcia tej przygody. Ale już dużo się uszyło.
Dlatego postanowiłyśmy z Maszyną wystartować w konkursie Szyciowy blog roku. Bo skoro każdy może, to my też. Nie oczekujemy fanfarów z tej okazji, ale fajnie wiedzieć, że dałyśmy sobie szansę ;)
I innym też, żeby zajrzeli do nas i nas poznali.
I pośmiali się przy okazji, bo szyć (prawie) potrafimy, pisać (prawie) umiemy, a do dobrego humoru więcej nie trzeba :)
A szczegóły w linku poniżej,
czyli tutaj
Żeby nie było - jedyny słuszny głos oddałyśmy. I zapraszamy do tego wszystkich :)
Dlatego postanowiłyśmy z Maszyną wystartować w konkursie Szyciowy blog roku. Bo skoro każdy może, to my też. Nie oczekujemy fanfarów z tej okazji, ale fajnie wiedzieć, że dałyśmy sobie szansę ;)
I innym też, żeby zajrzeli do nas i nas poznali.
I pośmiali się przy okazji, bo szyć (prawie) potrafimy, pisać (prawie) umiemy, a do dobrego humoru więcej nie trzeba :)
A szczegóły w linku poniżej,
czyli tutaj
Żeby nie było - jedyny słuszny głos oddałyśmy. I zapraszamy do tego wszystkich :)
sobota, 21 lutego 2015
Przełamana torba na zakupy
Idąc za ciosem (czyt. pierwsza torba zakupowa działa do dziś!), wykorzystałam zalegający w czeluściach szafy materiał do stworzenia kolejnej, uszatej torby na rzeczy nabyte drogą kupna.
Z tej okazji ogłaszam przełamany sukces.
Może niektórzy pamiętają fazę szycia toreb, które rozeszły się jak świeże bułeczki: o tutaj. Na tym się nie kończy, jak widać poniżej, zwłaszcza, że mam kawałek skaju, sztucznej skórki w kolorze białym. Ewentualnie "ekri" :). No, to ten kolor postanowiłam połączyć z... równie jasnym, lekko sztywnym materiałem z dodatkiem nadruku. W esy-floresy i obiekty niezidentyfikowane.
Ów nadruk jest generalnie bardziej zielony, niż czarny, ale aparat wie swoje. W każdym razie nadruk przełamuje idealniefale jasność, bijącą z ramienia, gdy kursuję na linii sklep - dom. Jeszcze do niedawna (przez jakieś dwie godziny) torba miała szansę stopić się ze śniegiem, z którego mógłby wystawać tylko ów nadruk, ale się nie udało. Poza tym - na zimowym śniegu mogłaby się bardziej wybijać jakże wiosenna podszewka.
Wraz z podszewką pojawia się nowy element, mianowicie: kieszonka. Wszystkie brzegi podwinięte, a całość naszyta na wewnętrznej części torby. Sprawdza się to rozwiązanie - potrafi utrzymać telefon. Na linii sklep - dom mogę podróżować bez dodatkowych kieszeni. Poza tym jest tak kolorowo,śnieg kwiaty wokół!
Przełamane to wszystko tak pięknie, że aż żal ładować do środka warzywa z targu. Zatem pozostaje mi tylko odwiedzanie prawdziwych sklepów. I kupowanie mąki. Przynajmniej biała jest, jakby co.
Moja wiara we własne szycie troszkę wzrasta. Albo inaczej: w wytrzymałość szycia Maszyny, która jak wbije te nici, jak je zapętli i nie popuści! To naprawdę spore zakupy można targać (w zależności od siły ramienia). Rewelacja po prostu! :)
Torby nie usztywniałam, co pozwala ją złożyć w kostkę i schować nawet w damskiej torebce. Podpowiadam: wtedy lepiej bez mąki.
Z tej okazji ogłaszam przełamany sukces.
Może niektórzy pamiętają fazę szycia toreb, które rozeszły się jak świeże bułeczki: o tutaj. Na tym się nie kończy, jak widać poniżej, zwłaszcza, że mam kawałek skaju, sztucznej skórki w kolorze białym. Ewentualnie "ekri" :). No, to ten kolor postanowiłam połączyć z... równie jasnym, lekko sztywnym materiałem z dodatkiem nadruku. W esy-floresy i obiekty niezidentyfikowane.
Ów nadruk jest generalnie bardziej zielony, niż czarny, ale aparat wie swoje. W każdym razie nadruk przełamuje idealnie
Wraz z podszewką pojawia się nowy element, mianowicie: kieszonka. Wszystkie brzegi podwinięte, a całość naszyta na wewnętrznej części torby. Sprawdza się to rozwiązanie - potrafi utrzymać telefon. Na linii sklep - dom mogę podróżować bez dodatkowych kieszeni. Poza tym jest tak kolorowo,
Przełamane to wszystko tak pięknie, że aż żal ładować do środka warzywa z targu. Zatem pozostaje mi tylko odwiedzanie prawdziwych sklepów. I kupowanie mąki. Przynajmniej biała jest, jakby co.
Moja wiara we własne szycie troszkę wzrasta. Albo inaczej: w wytrzymałość szycia Maszyny, która jak wbije te nici, jak je zapętli i nie popuści! To naprawdę spore zakupy można targać (w zależności od siły ramienia). Rewelacja po prostu! :)
Torby nie usztywniałam, co pozwala ją złożyć w kostkę i schować nawet w damskiej torebce. Podpowiadam: wtedy lepiej bez mąki.
niedziela, 15 lutego 2015
Walentynkowo poduszkowo
O czym będzie dzisiejszy post? Niech zgadnę... pewnie poduszki...? Tak! Zgadza się! Na dodatek te poduszki, bo są aż dwie (taka nowość :) ) są dla dwóch osób. I mam nadzieję, że obie dotarły we właściwe ręce chwilę przed Walentynkami.
Specjalny pomysł klarował mi się w głowie przez dłuższą chwilę - przyszły właściciel poduszki lubi puzzle. Co tu zrobić? Ano, skoro już zadecydowałam, że jednak poduszka, to musi być z puzzlami. Och, to cierpliwe wyszywanie elementów i prucie, gdy Maszyna poleciała w ferworze walki zbyt kanciasto!
Och!
Puzzle wycięte zostały z kolorowe filcu; naszyte na wierzchu poduchy i delikatnie wypchane puchem. Tak w miarę możliwości. Oprócz żółtego elementu, który jest malutki i chwała bohaterkom, że w ogóle udało się go przyszyć! Dodatkowo jest jeszcze jeden wypukły fragment, to serduszko z bawełny i polaru minky. Mięciutkie w dotyku i czerwone. Jak to być powinno na Walentynki.
Na powyższym zdjęciu widać dokładnie wystające serduszko. Na szczęście mocno się trzyma.
I zaskoczenie widzę na twarzach..., już wyjaśniam. Pod gwiaździstą czerwoną poduchą kryje się druga, szara. Ta z kolei wymagała ode mnie jeszcze więcej inwencji twórczej, bo przyszły obdarowany uwielbia zabawki ruchome. A ja tu z poduszką wyskakuję... Co prawda - można nią sobie rzucać, ale może też na niej coś wykombinujemy? Takie drobne elementy... ruchome?
I są!
Widzicie to? A zobaczcie teraz!
Dodatkowo doszyte na wierzchu paski, po których swobodnie można przemieszczać... no tak..., co to jest? Wizja była moja, wykonanie Maszyny, a opinie społeczeństwa? Proszę bardzo: kapelusz, samochód, UFO, chmurka. Więcej wolę nie wymieniać, pozostawię pole do popisu aktualnemu właścicielowi poduchy. Może dopisze do tego własną historię?
Obowiązkowo, z wiadomej okazji, musiały pojawić się również serduszka.
Również naszyte, z filcu, tym razem bez puchu. Rany, jak ja się starałam zachować te łuki! Razem z puzzlami było to dla mnie wyzwanie nieziemskie. Ale chyba się udało!?
I tak właśnie wyglądają poduchy spersonalizowane. Zdradzę Wam jeszcze jeden sekret - mianowicie trzeba było te poduchy wykończyć ręcznie. A ja dalej ćwiczę szycie ściegiem krytym: kto zgadnie, gdzie on jest? :)
Obie poduchy składają się z szarego polaru, bardzo miękkiego w dotyku oraz bawełny z aplikacjami. Mają wielkość ok 40x40cm i są wypchane kulką silikonową. Mam nadzieję, że sprawią radość nowym właścicielom :) Zwłaszcza, że obie wzięły udział w akcji Serducho dla Starszaka, zorganizowanej przez dziewczyny z grupy Poznań szyje.
Specjalny pomysł klarował mi się w głowie przez dłuższą chwilę - przyszły właściciel poduszki lubi puzzle. Co tu zrobić? Ano, skoro już zadecydowałam, że jednak poduszka, to musi być z puzzlami. Och, to cierpliwe wyszywanie elementów i prucie, gdy Maszyna poleciała w ferworze walki zbyt kanciasto!
Och!
Puzzle wycięte zostały z kolorowe filcu; naszyte na wierzchu poduchy i delikatnie wypchane puchem. Tak w miarę możliwości. Oprócz żółtego elementu, który jest malutki i chwała bohaterkom, że w ogóle udało się go przyszyć! Dodatkowo jest jeszcze jeden wypukły fragment, to serduszko z bawełny i polaru minky. Mięciutkie w dotyku i czerwone. Jak to być powinno na Walentynki.
Na powyższym zdjęciu widać dokładnie wystające serduszko. Na szczęście mocno się trzyma.
I zaskoczenie widzę na twarzach..., już wyjaśniam. Pod gwiaździstą czerwoną poduchą kryje się druga, szara. Ta z kolei wymagała ode mnie jeszcze więcej inwencji twórczej, bo przyszły obdarowany uwielbia zabawki ruchome. A ja tu z poduszką wyskakuję... Co prawda - można nią sobie rzucać, ale może też na niej coś wykombinujemy? Takie drobne elementy... ruchome?
I są!
Widzicie to? A zobaczcie teraz!
Dodatkowo doszyte na wierzchu paski, po których swobodnie można przemieszczać... no tak..., co to jest? Wizja była moja, wykonanie Maszyny, a opinie społeczeństwa? Proszę bardzo: kapelusz, samochód, UFO, chmurka. Więcej wolę nie wymieniać, pozostawię pole do popisu aktualnemu właścicielowi poduchy. Może dopisze do tego własną historię?
Obowiązkowo, z wiadomej okazji, musiały pojawić się również serduszka.
Również naszyte, z filcu, tym razem bez puchu. Rany, jak ja się starałam zachować te łuki! Razem z puzzlami było to dla mnie wyzwanie nieziemskie. Ale chyba się udało!?
I tak właśnie wyglądają poduchy spersonalizowane. Zdradzę Wam jeszcze jeden sekret - mianowicie trzeba było te poduchy wykończyć ręcznie. A ja dalej ćwiczę szycie ściegiem krytym: kto zgadnie, gdzie on jest? :)
Obie poduchy składają się z szarego polaru, bardzo miękkiego w dotyku oraz bawełny z aplikacjami. Mają wielkość ok 40x40cm i są wypchane kulką silikonową. Mam nadzieję, że sprawią radość nowym właścicielom :) Zwłaszcza, że obie wzięły udział w akcji Serducho dla Starszaka, zorganizowanej przez dziewczyny z grupy Poznań szyje.
wtorek, 10 lutego 2015
Srebrne poduszki
Poduszki wychodzą Maszynie najlepiej. Mi też. Jak jeszcze dodamy do tego mały fakt, że obie lubimy spać, to połączenie wychodzi idealne. W przypadku jednej z tych poduszek oparta głowa ma trochę niewygodnie..., no ale! Jaki efekt! A ile naplątanych nici!!
Trafił mi się materiał rozciągliwy w jedną stronę. Do tego niezwykle atrakcyjny w wyglądzie. Wyszłam ci ja do sklepu, nie pamiętam gdzie, nabyłam go i... przeleżał trochę. Może nawet dłużej, dopóki to wychodzenie nie przyniosło pomysłu. No przecież w świecącej spódnicy poginać nie będę - uszyję sobie poduszkę!
Materiał zaiste ciekawy, szył się prosto, wbrew rozciągniętym obawom, Maszyna nawet wykombinowała, że przecież gdzie na zakładkę, jak ona zamki umie robić. Hm... ja z kolei słabiej zdjęcia robię, więc zamka nie widać...
Za to efekt wizualny na kanapie jest. Ładny. Gdybym tylko miała odpowiednią do tego kanapę... Gdybym w ogóle miała kanapę...
Materiału w kolorze srebra zostało, więc i poduszka zyskała przyjaciółkę. Z taką wstawką:
Uprzedzając pytania - nie, to nie jest mój pomysł. To inspiracja żywcem ściągnięta z strony bloga ETI, mam nadzieję, że dziewczyny się nie obrażą... Czy ja wiem? Za kopiuj-wklej i powielanie. Bardzo mi się podoba taka faktura szycia, a jak już dowiedziałam się - jak to zrobić! Och! To... poprzestałam na jednej poduszce, bo na więcej szmatki zabrakło...
Ta druga, zszywana ostatkiem nici przez Maszynę też ma zamek. Przyznaję, że miały to być zamki z zakładką, ale chyba zostawiłam za mało [zaplecza] zapasu i zamki jednak widać. Na szczęście są dość prosto wszyte.
I tak, jestem dumna [z kopiejstwa pomysłu] z własnej zdolności szycia i mogę już sobie wychodzić [z siebie] po następne pomysły. Najpierw jednak przyłożę głowę do poduszki :) Jest do czego - obie mają wielkość ok. 40x40cm. Parszywie się gniotą, co oczywiście widać na zdjęciach i są z gatunku chłodnych (wiecie, materiał jest chłodny w dotyku), ale dalej mi się podobają. Głowie też :)
A tak prywatnie:
Gdyby ktoś chciał popatrzyć na moją nierówną walkę z szyciem na FB, to również zapraszam :)
Trafił mi się materiał rozciągliwy w jedną stronę. Do tego niezwykle atrakcyjny w wyglądzie. Wyszłam ci ja do sklepu, nie pamiętam gdzie, nabyłam go i... przeleżał trochę. Może nawet dłużej, dopóki to wychodzenie nie przyniosło pomysłu. No przecież w świecącej spódnicy poginać nie będę - uszyję sobie poduszkę!
Materiał zaiste ciekawy, szył się prosto, wbrew rozciągniętym obawom, Maszyna nawet wykombinowała, że przecież gdzie na zakładkę, jak ona zamki umie robić. Hm... ja z kolei słabiej zdjęcia robię, więc zamka nie widać...
Za to efekt wizualny na kanapie jest. Ładny. Gdybym tylko miała odpowiednią do tego kanapę... Gdybym w ogóle miała kanapę...
Materiału w kolorze srebra zostało, więc i poduszka zyskała przyjaciółkę. Z taką wstawką:
Uprzedzając pytania - nie, to nie jest mój pomysł. To inspiracja żywcem ściągnięta z strony bloga ETI, mam nadzieję, że dziewczyny się nie obrażą... Czy ja wiem? Za kopiuj-wklej i powielanie. Bardzo mi się podoba taka faktura szycia, a jak już dowiedziałam się - jak to zrobić! Och! To... poprzestałam na jednej poduszce, bo na więcej szmatki zabrakło...
Ta druga, zszywana ostatkiem nici przez Maszynę też ma zamek. Przyznaję, że miały to być zamki z zakładką, ale chyba zostawiłam za mało [zaplecza] zapasu i zamki jednak widać. Na szczęście są dość prosto wszyte.
I tak, jestem dumna [z kopiejstwa pomysłu] z własnej zdolności szycia i mogę już sobie wychodzić [z siebie] po następne pomysły. Najpierw jednak przyłożę głowę do poduszki :) Jest do czego - obie mają wielkość ok. 40x40cm. Parszywie się gniotą, co oczywiście widać na zdjęciach i są z gatunku chłodnych (wiecie, materiał jest chłodny w dotyku), ale dalej mi się podobają. Głowie też :)
A tak prywatnie:
Gdyby ktoś chciał popatrzyć na moją nierówną walkę z szyciem na FB, to również zapraszam :)
sobota, 31 stycznia 2015
Komin zimowy, czyli jednak coś robię
Początek roku obfitował w pomysły na wpisy do momentu, w którym okazało się, że przygotowane zdjęcia świątecznych uszytków zniknęły, a podarunki trafiły do nowych właścicieli i... nie da się tego powtórzyć. No to w zamian pokażę, w czym przemierzam miasto, chroniąc się przez zimnem.
Nie będzie to nic wielkiego, ot, komin. Leci z niego para, którą wydycham w zimnym powietrzu. Nie jest to oczywiście jedyna rzecz, z której korzystam, wychodząc z domu, ale chyba... najfajniejsza :)
Pierwsze zdjęcie nie obrazuje dokładnie jego uroku, ale skupmy się na kolorystyce. Ciemny fiolet polarowy od środka, mięciutki i idealnie trzymający ciepło. Plus piękne, równe szwy, wypracowane w pocie czoła w warunkach domowych, gdyż polar jest bardzo gruby, ma skłonność do rozciągania i przesuwania się w trakcie szycia. Szpilki nieodzowne!
Zdjęcie drugie pokazuje użyte do zewnętrznej części komina dzianinki, wystąpiły tu dwie wersje kolorystyczne. Czarna pasuje do wszystkiego i przełamuje ogrom fioletu, a szara - rozjaśnia pochmurne dni. Również mięciutkie, również rozciągające się i wymagające szpilek w trakcie szycia.
Zdjęcie trzecie, to kominowe kółko, utrwalające w naszej pamięci te efektowne połączenia kolorystyczne i przypominające, że przecież mam własną metkę :) Pasztetowa się nie załapała, ale i tak jest dobrze :)
Ostatnie zdjęcie, gdyż ponieważ obrazków pokazujących, jak uszytek prezentuje się bezpośrednio na mnie - nie posiadam. Widać tu natomiast kominowy pąk prawie kwiatka, który rozkwita, okalając moją szyję, w każdym momencie poza domem. No dobrze, ściągam go z siebie w pomieszczeniach, gdy jest ciepło, bo to naprawdę gruba warstwa polaru i dzianin.
Zastanawiam się też, czy nie poszaleć i nie wbić się w polarowo - dzianinowy kokon od stóp do głów, bo złapał mnie ostry katar. I nie wiem, czyja to wina?!
Otulacz szyjny wyszedł 148cm po długości, na tyle starczyło mi dzianinowych kawałków i 30cm szerokości - co oznacza, że zawinięta w niego dokładnie świata nie widzę, a schodząc ze schodów muszę uchylać rąbek i ściągać go z twarzy, w obawie przed niekontrolowanym zjechaniem. W każdym razie - przynajmniej lądowanie części twarzowej byłoby miękkie :)
A teraz, na koniec stycznia wpadam w następne plany szyciowe, nie tylko dla mnie, a jeśli mielibyście ochotę wpaść na profil Hanndmade na Facebook'u, to też go sobie założyłam i zapraszam! Właściwie to pomysł Maszyny, sławna chce być, no to ma. Wiadomo, że występujemy tam obie, ale nazwa jest metkowa.
Ale pasztet, nie? :)
A kominem dołączam do wszystkim znanej akcji uwalniania tkanin.
Nie będzie to nic wielkiego, ot, komin. Leci z niego para, którą wydycham w zimnym powietrzu. Nie jest to oczywiście jedyna rzecz, z której korzystam, wychodząc z domu, ale chyba... najfajniejsza :)
Pierwsze zdjęcie nie obrazuje dokładnie jego uroku, ale skupmy się na kolorystyce. Ciemny fiolet polarowy od środka, mięciutki i idealnie trzymający ciepło. Plus piękne, równe szwy, wypracowane w pocie czoła w warunkach domowych, gdyż polar jest bardzo gruby, ma skłonność do rozciągania i przesuwania się w trakcie szycia. Szpilki nieodzowne!
Zdjęcie drugie pokazuje użyte do zewnętrznej części komina dzianinki, wystąpiły tu dwie wersje kolorystyczne. Czarna pasuje do wszystkiego i przełamuje ogrom fioletu, a szara - rozjaśnia pochmurne dni. Również mięciutkie, również rozciągające się i wymagające szpilek w trakcie szycia.
Zdjęcie trzecie, to kominowe kółko, utrwalające w naszej pamięci te efektowne połączenia kolorystyczne i przypominające, że przecież mam własną metkę :) Pasztetowa się nie załapała, ale i tak jest dobrze :)
Ostatnie zdjęcie, gdyż ponieważ obrazków pokazujących, jak uszytek prezentuje się bezpośrednio na mnie - nie posiadam. Widać tu natomiast kominowy pąk prawie kwiatka, który rozkwita, okalając moją szyję, w każdym momencie poza domem. No dobrze, ściągam go z siebie w pomieszczeniach, gdy jest ciepło, bo to naprawdę gruba warstwa polaru i dzianin.
Zastanawiam się też, czy nie poszaleć i nie wbić się w polarowo - dzianinowy kokon od stóp do głów, bo złapał mnie ostry katar. I nie wiem, czyja to wina?!
Otulacz szyjny wyszedł 148cm po długości, na tyle starczyło mi dzianinowych kawałków i 30cm szerokości - co oznacza, że zawinięta w niego dokładnie świata nie widzę, a schodząc ze schodów muszę uchylać rąbek i ściągać go z twarzy, w obawie przed niekontrolowanym zjechaniem. W każdym razie - przynajmniej lądowanie części twarzowej byłoby miękkie :)
A teraz, na koniec stycznia wpadam w następne plany szyciowe, nie tylko dla mnie, a jeśli mielibyście ochotę wpaść na profil Hanndmade na Facebook'u, to też go sobie założyłam i zapraszam! Właściwie to pomysł Maszyny, sławna chce być, no to ma. Wiadomo, że występujemy tam obie, ale nazwa jest metkowa.
Ale pasztet, nie? :)
A kominem dołączam do wszystkim znanej akcji uwalniania tkanin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































