logo

środa, 17 grudnia 2014

Metka, metka pokaż rogi!

Święta idą, zima idzie, czas prezentów. Póki co wszystko w toku, tylko mój własny prezent już gotowy. Czeka na szyciowe akcje w blokach startowych, nawet już gdzieniegdzie widnieje. No..., chwilowo podobnie jak słońce w grudniu, ale zawsze jest nadzieja :)

Cóż tu dużo pisać, małe są, rożki mają, literki są, ładnie, czysto i z wdziękiem. Wszywka wcale nie ma literówki, po prostu wpisałam w środek swoje imię, a właściwie podpis.


Duuużo miejsca na naukę wszywania, raz wystają bardziej, raz mniej. Zdarza się nawet, że wystają w zupełnie nieprzewidzianym miejscu, a nawet przodem do tyłu. Hmm, jest nadzieja - to kwestia czasu :)
W każdym razie bardzo mi się podobają i nie zawaham się ich użyć, czego dowody już wkrótce.

I mam wrażenie, że szyte przeze mnie przedmioty są takie... bardziej moje :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Dzianinowa przygoda

Dziś prezentuję bluzkę domową. Do biegania po domu (jest gdzie biegać), jak słusznie można się domyślać. Do gotowania i sprzątania. I tulenia kota (chociaż bluzka protestuje, z powodu kłaków). Do prezentacji w wyzwaniu. Do myślenia, co by tu jeszcze zmienić. I dlaczego nie wpadłam na pomysł z zaszewkami...

Bluzka domowa w kolorze bliżej nieokreślonym, sprzedanym jako zieleń, a mnie wychodzi szary. Bury. Przemielony zielony. Coś jak aktualna, jesienna trawa. Do tego dzianina typu komin. Jak babcię kocham zastanawiałam się, czy aby wszystko ze mną w porządku, gdy dostałam ten wielki zwój. To był pierwszy raz, chciałam zaznaczyć.


Bluzka leżąca, podwinięte mankiety (prościzna), podwinięty dół (phi, nawet wyszedł prosto, gdyby ktoś widział coś innego na zdjęciu), zszyte rękawy bez falbanek (phi, luzik).


Dekolt wykończony (tak ja ja, tu prościzny nie było), typu łódka. Właściwie to kuter wyszedł, a nie łódka, ale zręcznie przyszyłam brzegi ściegiem nie-widać-go-jakby-go nie-było. No i teraz widzicie, dolne szwy proste. Dzianina da się ogarnąć, łatwizna (z odpowiednią igłą oczywiście)...
Nie jestem pewna, czy bardziej zachwyca mnie uszyta bluzka, czy ta jakość zdjęć, przy których pracowało całe nasze gospodarstwo domowe, więc na wszelki wypadek pokażę jeszcze solidne zbliżenie na szewki:

Tak, tak, jak widzicie na górze strony, wymyśliłam sobie hasło i tak postaram się podpisywać zdjęcia. Tak w kwestii technicznej. Dodać mogę, że ta dzianina jest bardzo przyjemna, meszkiem pokryta od wewnątrz (kolejny kwadrans myślenia - komin już przetrawiłam, ale która strona to prawa??).

A teraz przejdźmy do sedna twórczości i już nic nie będzie takie samo:


No więc tego..., są, są, zaszewki widziałam, w internecie ktoś pokazywał, jak je zrobić. Nie wpadło mi to do głowy w procesie tworzenia. Ale w sumie na żywo, wielkie, ciepłe żywo, ja tam się nie kłócę o to dopasowanie. Przynajmniej cieplej. Domowo znaczy. Ale tuż przed wyjściem, bo twarz makijażem zrobiona, przyznaję bez bicia. Dłoni nie malowałam.


Może odrobinę węższe te rękawy mogłyby być? I kolor tutaj najbardziej zbliżony do oryginału. Tego szaro, buro, zzz..., zieleń?? Ale długość jest ok, do domowego mycia filiżanki po kawie mogę je podwinąć, ale poza tym pasują domowo i-d-e-a-l-n-i-e!


Nie mogę się wprost napatrzeć, zdjęcia cudne, bluzka uszyta, wyzwanie poznańskie zaliczone, dzianina z internetu, wykrój - kompozycja własna. No, cudnie po prostu!
:)


czwartek, 20 listopada 2014

Czas na odświeżenie. W pudełku

Bo czasem trzeba odświeżyć: wiedzę, zasoby, umiejętności. No więc szyciowych nie zgubiłam, rozwijają się, zasoby rosną w tempie przerażającym, a wiedza. Cóż, jakby to ująć. Znalazłam na przykład pudełka, no takie prawie pudełka, bo z materiału. Ale zawsze coś, prawda?

Uszycie ich nie było wielkim wyczynem, jak już posiadło się umiejętność składania materiałów w odpowiednim kierunku i szycia w odpowiedniej kolejności. Na szczęście chociaż kolory się dogadują.


Pudełeczka zgrabne, dopóki się nie zakurzą, będzie git. Potem wpadną do pralki. Na zdjęciach prezentują się dumnie, chociaż jeden trochę się skrzywił na widok aparatu.
W środku przepastna powierzchnia pozwalająca umieścić sporo skarbów.

 
Wyszły trochę wysokie, jednak umiejętności nie do końca pozwalają przewidzieć - ot, tak z automatu - że rozmiar na płasko skutkuje przewidzianym efektom końcowym. Nic to, zawsze mogę sobie w nich schować coś wysokiego.

 
Dodatkowo na powyższym zdjęciu mamy niecodzienną możliwość obserwacji idealnie wręcz ( i w nóż) zgranych szwów. Po prostu och! ta moja wiedza!

Idę sobie popakować szpargały w pudełka. Jak wysokości zabraknie, popełnię następne - trochę szersze.
I wrócę niebawem, bo w końcu ileż można milczeć na tym blogu! Pozdrawiam :)

poniedziałek, 6 października 2014

Pognieciony sztruks - spódnica

Muszę się przyznać od razu, ten uszytek jest pognieciony. Tak, jak dobrze mi się współpracuje 
z Maszyną, tak obie uciekamy od żelazka. A nawet, jak się uda - to na koniec i tak wygląda to jak zwierzęciu agresywnemu... z pyska... Ale w tym przypadku, to ten gnieciony sztruks wcale nie jest największym problemem...

A i oto ona, spódnica z półkola, z wymiarów z natury (pasuje) i z koloru w szarościach. Nie, właśnie nie ten brąz, a szarości, ale nocne zdjęcia...


Już prawie widać co jest grane, ale jeszcze chwilka. Spódnica podwinięta granatową nitką, żeby nie było za ponuro, przed kolano...


Zwykłe podwinięcie, tylko nitki materiału tak się układają. Ogólnie podwinięte naokoło, bo i taki kształt siłą rzeczy uzyskałam. Nawet to wszystko wygląda:


Są i kolana, jako rzeczone. Są i zagniecenia. Ale nie to jest najgorsze. Wiadomo już? To dlaczego jasny gwint mi się ten pasek zawija? Marszczy się i jest kicha. Ja wiem, z rozpędu pocięłam go w jednej linii, a powinien być po łuku, tak? Pruć i robić od nowa? I wyprasować?

Nawet w rozpędzie i w półkole krążąc wszyłam zamek, umarłam przy górnym zapięciu i mimo starań, pasek wyprostować się nie chce. Ja go widziałam wyraźnie, jak on przeskakiwał! Ten sztruks!


I straciłam zapał, mimo zapewnień Maszyny, że ona jeszcze może pokombinować... Pozostaje mi paskowa zabawa od nowa? Bo jak sweter narzucę, to nie widać, ale jednak, prawda??

czwartek, 25 września 2014

W jesiennej kosmetyczce

Tym razem przedstawiamy z Maszyną najnowsze wspólne dokonania kosmetyczne. Tak się składa, że wszystko co małe i z zamkiem (obie lubujemy się w zamkach) - nazywamy kosmetyczkami. Ale jakby się uprzeć, jedna nich może służyć nawet za miniaturową kopertówkę. Jak zużyjemy jeszcze trochę metrów nici, pewnie wymyślimy jeszcze inne określenia.

Na tapetę, a nawet kosmetyczkę, poszedł pod igłę materiał, z którego już wcześniej powstała prezentowana zakupowa torba. Ponieważ przyjęłyśmy zasadę wykorzystywania pozostałości tkaninowych, a zamek kolorem pasował - powstało o, to to:


Niecodzienny kształt z doszytym spodem z podobnego w strukturze i kolorze materiału. Ponieważ Maszyna chciała pokombinować - popełniła falbanki alias fałdki.


I podszewkę:


Całkiem dobrze nam się działało, wszystko wyszło elegancko. Zamek działa. Pojemność - podstawowe kosmetyki do makijażu. Czego chcieć więcej??

Ja nie chciałam, ale Maszyna uparła się, że skoro wychodzą jej ładne fałdki i takie tam, to może spróbujemy zmarszczki..., (zmarszczenia znaczy) zrobić całkiem na poważnie. I bardzo poważnie takie marszczenie wstawiłyśmy w środek kolejnej miniaturowej kosmetyczki:


Delikatny fiolet płynnie łączy się z czarnym środkiem, przecinanym srebrną nicią czy rysunkiem (musicie mi uwierzyć na słowo). Wszyty zamek w tonacji podobnej do poprzedniego uszytka, a całość wygląda niezwykle ekspresyjnie. Przynajmniej tak twierdzi Maszyna. Ja dorzuciłam podszewkę. Och, utrzymaną
w podobnej pastelowej tonacji, no niech jej będzie:)


 Tak, spokojnie, wszystkie szwy są zabezpieczone i nie grozi im zerwanie. To już prędzej Maszyna zerwie nić, ale odkąd dogadałyśmy się co do naprężenia nitki i grubości igły - pracuje się całkiem, całkiem:)

To na zakończenie poglądowe zdjęcie zbiorowe:


Dziękujemy za odwiedziny!
Aha, przecież znowu udało się uwolnić tkaniny !!

piątek, 19 września 2014

Pakowne nudne woreczki

Jako, że to już było, powiem tylko, że się powtarzam. Chociaż w sumie - aż tak ładnie nie było. Nie przedłużając, pokażę co mam na myśli. Właściwie - co wyszło spod Maszyny.

To są woreczki bieliźniane. Mogę je tak spokojnie nazwać, bo o ile dyskutowanego wcześniej dobytku całego życia w nich nie zmieścimy, to jednak skarpetki spokojnie.


Dorzucić też możemy staniki;


A jakby się kto uparł (pewnie większość dam) to i barchany się zmieszczą:


Gdyby jednak barchanów nie stało, zmieszczą się figlarne figi;


Co by tu nie opowiadać tak ciut troszkę pojemne te woreczki są. Powstały na specjalne zamówienie, są też pięknie wykończone, po raz pierwszy na tym blogu takie cudne wykończenie woreczków - proszę się przyjrzeć!


I nawet szwy się nie rozjechały! I tasiemki vel sznurki działają sprawnie! i można je sobie kolorystycznie dobrać do części garderoby, bądź podzielić czyste/brudne/chyba się jeszcze nadają?? Wszystko można, jak już wiem, jak to uszyć:)


Tak więc:) jest to jeden z najbardziej powielanych wpisów na moim blogu, nie mniej razem z Maszyną cieszymy się, że udało nam się coś tak ładnego przygotować i przy okazji uwolnić troszkę zalegających materiałów:), które uwolniłam :)


sobota, 6 września 2014

Poduszkowy zawrót nocny

Wrzesień w kieszeń. Wrzesień... nic mi się rymuje, a przecież szyję. Trzeba wrócić do porządku i władzy nad blogiem, wakacje się skończyły. Trzeba też trzasnąć kilka zdjęć, bo zaległości spore. Ale te zdjęcia, to chyba największa bolączka. One nigdy nie wychodzą cudownie.

W przeciwieństwie do poduszek. Zamówienie było specjalne - się śpi i spać chcą wszyscy. Najwygodniej
na poduszce. Poduszka musi być ładna i przyjemna. W końcu prośba czterolatki - to nie byle co!


No to znalazłam kawałek śpiącego materiału, z której uszyłam poduszkę, wypełnioną puchem silikonowym. Żeby mogli spać wszyscy, powstała też kołderka i poduszka ciut mniejsza, dla kompanów dobrze przespanych nocy.


Po cichu dopowiem, że do lalkowego łóżeczka przez kolejne wieczory ustawiała się długa kolejka, bo przecież każdy towarzysz zabaw dziennych chce godnie odpocząć w nocy :)