Początek roku obfitował w pomysły na wpisy do momentu, w którym okazało się, że przygotowane zdjęcia świątecznych uszytków zniknęły, a podarunki trafiły do nowych właścicieli i... nie da się tego powtórzyć. No to w zamian pokażę, w czym przemierzam miasto, chroniąc się przez zimnem.
Nie będzie to nic wielkiego, ot, komin. Leci z niego para, którą wydycham w zimnym powietrzu. Nie jest to oczywiście jedyna rzecz, z której korzystam, wychodząc z domu, ale chyba... najfajniejsza :)
Pierwsze zdjęcie nie obrazuje dokładnie jego uroku, ale skupmy się na
kolorystyce. Ciemny fiolet polarowy od środka, mięciutki i idealnie
trzymający ciepło. Plus piękne, równe szwy, wypracowane w pocie czoła w
warunkach domowych, gdyż polar jest bardzo gruby, ma skłonność do rozciągania i
przesuwania się w trakcie szycia. Szpilki nieodzowne!
Zdjęcie drugie pokazuje użyte do zewnętrznej części komina dzianinki,
wystąpiły tu dwie wersje kolorystyczne. Czarna pasuje do wszystkiego i
przełamuje ogrom fioletu, a szara - rozjaśnia pochmurne dni. Również
mięciutkie, również rozciągające się i wymagające szpilek w trakcie
szycia.
Zdjęcie trzecie, to kominowe kółko, utrwalające w naszej pamięci te
efektowne połączenia kolorystyczne i przypominające, że przecież mam
własną metkę :) Pasztetowa się nie załapała, ale i tak jest dobrze :)
Ostatnie zdjęcie, gdyż ponieważ obrazków pokazujących, jak uszytek
prezentuje się bezpośrednio na mnie - nie posiadam. Widać tu natomiast
kominowy pąk prawie kwiatka, który rozkwita, okalając moją szyję, w
każdym momencie poza domem. No dobrze, ściągam go z siebie w
pomieszczeniach, gdy jest ciepło, bo to naprawdę gruba warstwa polaru i
dzianin.
Zastanawiam się też, czy nie poszaleć i nie wbić się w polarowo - dzianinowy kokon od stóp do głów, bo złapał mnie ostry katar. I nie wiem, czyja to wina?!
Otulacz szyjny wyszedł 148cm po długości, na tyle starczyło mi dzianinowych kawałków i 30cm szerokości - co oznacza, że zawinięta w niego dokładnie świata nie widzę, a schodząc ze schodów muszę uchylać rąbek i ściągać go z twarzy, w obawie przed niekontrolowanym zjechaniem. W każdym razie - przynajmniej lądowanie części twarzowej byłoby miękkie :)
A teraz, na koniec stycznia wpadam w następne plany szyciowe, nie tylko dla mnie, a jeśli mielibyście ochotę wpaść na profil Hanndmade na Facebook'u, to też go sobie założyłam i zapraszam! Właściwie to pomysł Maszyny, sławna chce być, no to ma. Wiadomo, że występujemy tam obie, ale nazwa jest metkowa.
Ale pasztet, nie? :)
A kominem dołączam do wszystkim znanej akcji uwalniania tkanin.
sobota, 31 stycznia 2015
sobota, 27 grudnia 2014
Zawinę szyję w jesienny szal...
Zima przyszła, nawet ze śniegiem, a ja mam zaległości w prezentacji uszytków jesiennych. Zwłaszcza, że wzięły one udział w poprzedniej kampanii poznańskich dziewczyn szyjących. Uzupełniam zatem braki i pokazuję. Z pełnym zaangażowaniem, że w końcu coś robię, a nie tylko siedzę i jem :)
Na pierwszy rzut poszła czapka. Kawałek melanżowej dzianiny, acz niestety ze sztucznym dodatkiem, plus bawełna, czarna w białe grochy. Współgrało mi to pięknie, więc połączyłam.
Garneczek wyszedł piękny, a przecież odrysowany od posiadanej już czapki. No, może przesadziłam jednak z ilością centymetrów, ale też wzięłam pod uwagę, że bawełna owa, czarna w białe grochy, absolutnie się nie rozciąga. A jednak zamierzałam czapkę nosić. Na głowie.
Rozmiary części ciała mam standardowe, na szczęście, dlatego wymyśliłam, że ów garneczek można śmiało i szybko przerobić na nieco mniejszą michę - zawijając jej dół. Podwijając - wyciągnąć można na wierzch więcej świetnej, nierozciągliwej bawełny. Czarnej w białe grochy.
Czasem jednak świadomość posiadania jakże sporej liczby białych grochów na głowie mnie przerasta i wtedy czapka żyje własnym życiem, powiewając sobą, niczym chorągwią na wietrze. Na mojej głowie. Z minimalną ilością białych grochów na czarnym tle.
Do kompletu, bo czapce jednak czegoś brakowało, uszyłam sobie komin. Nie dla Mikołaja, nie dla kominiarza - dla mojej szyi, którą atakował jesienny wiatr. Nie zgadniecie, ale wykorzystałam do tego szycia melanżową dzianinę (niestety ze sztucznym dodatkiem) i... bawełnę... czarną... w ... :)
Komin szal owija szyję dwukrotnie, jednak wyszedł trochę za cienki i za wąski, więc wystarczył tylko na jesienny, spokojny wiatr. Przed atakami ostrzejszego wichru nie ochronił mnie nawet cały batalion białych grochów. Na czarnym tle. Za to melanż prezentuje się całkiem przyzwoicie.
Komplet prezentuje się całkiem sympatycznie, udało mu się dopasować do większości moich jesiennych stylizacji, nawet ogromna łącznie ilość białych grochów przestała mi się śnić po nocach. Ale to może dlatego, że jesień się skończyła, a tym samym i zestaw czapka + komin leżakuje, czekając z niecierpliwością na następny sezon.
Melanże i grochy kupiłam przez grupy dla szyjących na FB, a wykrój na czapkę mam na podstawie własnych ciuchów. Cięcie komina poszło na żywca, na szczęście żaden z materiałów nie protestował. W wyczynach towarzyszyła igła do szycia dzianin. Plus wyzwanie, w którym wzięłam udział.
Na pierwszy rzut poszła czapka. Kawałek melanżowej dzianiny, acz niestety ze sztucznym dodatkiem, plus bawełna, czarna w białe grochy. Współgrało mi to pięknie, więc połączyłam.
Garneczek wyszedł piękny, a przecież odrysowany od posiadanej już czapki. No, może przesadziłam jednak z ilością centymetrów, ale też wzięłam pod uwagę, że bawełna owa, czarna w białe grochy, absolutnie się nie rozciąga. A jednak zamierzałam czapkę nosić. Na głowie.
Rozmiary części ciała mam standardowe, na szczęście, dlatego wymyśliłam, że ów garneczek można śmiało i szybko przerobić na nieco mniejszą michę - zawijając jej dół. Podwijając - wyciągnąć można na wierzch więcej świetnej, nierozciągliwej bawełny. Czarnej w białe grochy.
Czasem jednak świadomość posiadania jakże sporej liczby białych grochów na głowie mnie przerasta i wtedy czapka żyje własnym życiem, powiewając sobą, niczym chorągwią na wietrze. Na mojej głowie. Z minimalną ilością białych grochów na czarnym tle.
Do kompletu, bo czapce jednak czegoś brakowało, uszyłam sobie komin. Nie dla Mikołaja, nie dla kominiarza - dla mojej szyi, którą atakował jesienny wiatr. Nie zgadniecie, ale wykorzystałam do tego szycia melanżową dzianinę (niestety ze sztucznym dodatkiem) i... bawełnę... czarną... w ... :)
Komin szal owija szyję dwukrotnie, jednak wyszedł trochę za cienki i za wąski, więc wystarczył tylko na jesienny, spokojny wiatr. Przed atakami ostrzejszego wichru nie ochronił mnie nawet cały batalion białych grochów. Na czarnym tle. Za to melanż prezentuje się całkiem przyzwoicie.
Komplet prezentuje się całkiem sympatycznie, udało mu się dopasować do większości moich jesiennych stylizacji, nawet ogromna łącznie ilość białych grochów przestała mi się śnić po nocach. Ale to może dlatego, że jesień się skończyła, a tym samym i zestaw czapka + komin leżakuje, czekając z niecierpliwością na następny sezon.
Melanże i grochy kupiłam przez grupy dla szyjących na FB, a wykrój na czapkę mam na podstawie własnych ciuchów. Cięcie komina poszło na żywca, na szczęście żaden z materiałów nie protestował. W wyczynach towarzyszyła igła do szycia dzianin. Plus wyzwanie, w którym wzięłam udział.
wtorek, 23 grudnia 2014
Bombowe życzenia świąteczne
Dzisiaj krótka prezentacja, a właściwie samochwalstwo. A właściwie życzenia. Wszystko razem, wszystkiego po trochu, jak przy świątecznym stole - bo przecież , jak co roku, kto jest w stanie zjeść to wszystko? :)
Na początek własnoręcznie udziergane bombki, ponoć karczochowe, a na pewno wstążkowe.
Dużo metrów wstążek, dużo szpilek, zabawy jeszcze więcej. Ale w efekcie ładne:
Widać niewprawną rękę początkującej i to chwilowo, jednak z igłą i nitką lepiej mi się współpracuje. Ale myślę, że takie bombki będą ładnym drobiazgiem dla bliskich.
A teraz już szyciowo i życzeniowo - z Maszyną zmalowałyśmy choinki i gwiazdki, takie czerwone i świąteczne. I mimo przerażenia, że wykrój taki mały, a te kąty i załamania - to chyba dla wyjątkowo zręcznych i cierpliwych - wyszło ładnie.
I do tych ładniości bez ości łączę świąteczne życzenia i pozdrowienia, podziękowania dla odwiedzających uszytkiann i dla tych, których komentarze miło przeczytać.
Życząc wszystkiego dobrego w te pełne magii dni machamy z Maszyną do Was wszystkich igłami i nićmi i radośnie powtarzamy:
Na początek własnoręcznie udziergane bombki, ponoć karczochowe, a na pewno wstążkowe.
Dużo metrów wstążek, dużo szpilek, zabawy jeszcze więcej. Ale w efekcie ładne:
A teraz już szyciowo i życzeniowo - z Maszyną zmalowałyśmy choinki i gwiazdki, takie czerwone i świąteczne. I mimo przerażenia, że wykrój taki mały, a te kąty i załamania - to chyba dla wyjątkowo zręcznych i cierpliwych - wyszło ładnie.
I do tych ładniości bez ości łączę świąteczne życzenia i pozdrowienia, podziękowania dla odwiedzających uszytkiann i dla tych, których komentarze miło przeczytać.
Życząc wszystkiego dobrego w te pełne magii dni machamy z Maszyną do Was wszystkich igłami i nićmi i radośnie powtarzamy:
środa, 17 grudnia 2014
Metka, metka pokaż rogi!
Święta idą, zima idzie, czas prezentów. Póki co wszystko w toku, tylko mój własny prezent już gotowy. Czeka na szyciowe akcje w blokach startowych, nawet już gdzieniegdzie widnieje. No..., chwilowo podobnie jak słońce w grudniu, ale zawsze jest nadzieja :)
Cóż tu dużo pisać, małe są, rożki mają, literki są, ładnie, czysto i z wdziękiem. Wszywka wcale nie ma literówki, po prostu wpisałam w środek swoje imię, a właściwie podpis.
Duuużo miejsca na naukę wszywania, raz wystają bardziej, raz mniej. Zdarza się nawet, że wystają w zupełnie nieprzewidzianym miejscu, a nawet przodem do tyłu. Hmm, jest nadzieja - to kwestia czasu :)
W każdym razie bardzo mi się podobają i nie zawaham się ich użyć, czego dowody już wkrótce.
I mam wrażenie, że szyte przeze mnie przedmioty są takie... bardziej moje :)
Cóż tu dużo pisać, małe są, rożki mają, literki są, ładnie, czysto i z wdziękiem. Wszywka wcale nie ma literówki, po prostu wpisałam w środek swoje imię, a właściwie podpis.
Duuużo miejsca na naukę wszywania, raz wystają bardziej, raz mniej. Zdarza się nawet, że wystają w zupełnie nieprzewidzianym miejscu, a nawet przodem do tyłu. Hmm, jest nadzieja - to kwestia czasu :)
W każdym razie bardzo mi się podobają i nie zawaham się ich użyć, czego dowody już wkrótce.
I mam wrażenie, że szyte przeze mnie przedmioty są takie... bardziej moje :)
poniedziałek, 24 listopada 2014
Dzianinowa przygoda
Dziś prezentuję bluzkę domową. Do biegania po domu (jest gdzie biegać), jak słusznie można się domyślać. Do gotowania i sprzątania. I tulenia kota (chociaż bluzka protestuje, z powodu kłaków). Do prezentacji w wyzwaniu. Do myślenia, co by tu jeszcze zmienić. I dlaczego nie wpadłam na pomysł z zaszewkami...
Bluzka domowa w kolorze bliżej nieokreślonym, sprzedanym jako zieleń, a mnie wychodzi szary. Bury. Przemielony zielony. Coś jak aktualna, jesienna trawa. Do tego dzianina typu komin. Jak babcię kocham zastanawiałam się, czy aby wszystko ze mną w porządku, gdy dostałam ten wielki zwój. To był pierwszy raz, chciałam zaznaczyć.
Bluzka leżąca, podwinięte mankiety (prościzna), podwinięty dół (phi, nawet wyszedł prosto, gdyby ktoś widział coś innego na zdjęciu), zszyte rękawy bez falbanek (phi, luzik).
Dekolt wykończony (tak ja ja, tu prościzny nie było), typu łódka. Właściwie to kuter wyszedł, a nie łódka, ale zręcznie przyszyłam brzegi ściegiem nie-widać-go-jakby-go nie-było. No i teraz widzicie, dolne szwy proste. Dzianina da się ogarnąć, łatwizna (z odpowiednią igłą oczywiście)...
Nie jestem pewna, czy bardziej zachwyca mnie uszyta bluzka, czy ta jakość zdjęć, przy których pracowało całe nasze gospodarstwo domowe, więc na wszelki wypadek pokażę jeszcze solidne zbliżenie na szewki:
Tak, tak, jak widzicie na górze strony, wymyśliłam sobie hasło i tak postaram się podpisywać zdjęcia. Tak w kwestii technicznej. Dodać mogę, że ta dzianina jest bardzo przyjemna, meszkiem pokryta od wewnątrz (kolejny kwadrans myślenia - komin już przetrawiłam, ale która strona to prawa??).
A teraz przejdźmy do sedna twórczości i już nic nie będzie takie samo:
No więc tego..., są, są, zaszewki widziałam, w internecie ktoś pokazywał, jak je zrobić. Nie wpadło mi to do głowy w procesie tworzenia. Ale w sumie na żywo, wielkie, ciepłe żywo, ja tam się nie kłócę o to dopasowanie. Przynajmniej cieplej. Domowo znaczy. Ale tuż przed wyjściem, bo twarz makijażem zrobiona, przyznaję bez bicia. Dłoni nie malowałam.
Może odrobinę węższe te rękawy mogłyby być? I kolor tutaj najbardziej zbliżony do oryginału. Tego szaro, buro, zzz..., zieleń?? Ale długość jest ok, do domowego mycia filiżanki po kawie mogę je podwinąć, ale poza tym pasują domowo i-d-e-a-l-n-i-e!
Nie mogę się wprost napatrzeć, zdjęcia cudne, bluzka uszyta, wyzwanie poznańskie zaliczone, dzianina z internetu, wykrój - kompozycja własna. No, cudnie po prostu!
:)
Bluzka domowa w kolorze bliżej nieokreślonym, sprzedanym jako zieleń, a mnie wychodzi szary. Bury. Przemielony zielony. Coś jak aktualna, jesienna trawa. Do tego dzianina typu komin. Jak babcię kocham zastanawiałam się, czy aby wszystko ze mną w porządku, gdy dostałam ten wielki zwój. To był pierwszy raz, chciałam zaznaczyć.
Bluzka leżąca, podwinięte mankiety (prościzna), podwinięty dół (phi, nawet wyszedł prosto, gdyby ktoś widział coś innego na zdjęciu), zszyte rękawy bez falbanek (phi, luzik).
Dekolt wykończony (tak ja ja, tu prościzny nie było), typu łódka. Właściwie to kuter wyszedł, a nie łódka, ale zręcznie przyszyłam brzegi ściegiem nie-widać-go-jakby-go nie-było. No i teraz widzicie, dolne szwy proste. Dzianina da się ogarnąć, łatwizna (z odpowiednią igłą oczywiście)...
Nie jestem pewna, czy bardziej zachwyca mnie uszyta bluzka, czy ta jakość zdjęć, przy których pracowało całe nasze gospodarstwo domowe, więc na wszelki wypadek pokażę jeszcze solidne zbliżenie na szewki:
Tak, tak, jak widzicie na górze strony, wymyśliłam sobie hasło i tak postaram się podpisywać zdjęcia. Tak w kwestii technicznej. Dodać mogę, że ta dzianina jest bardzo przyjemna, meszkiem pokryta od wewnątrz (kolejny kwadrans myślenia - komin już przetrawiłam, ale która strona to prawa??).
A teraz przejdźmy do sedna twórczości i już nic nie będzie takie samo:
No więc tego..., są, są, zaszewki widziałam, w internecie ktoś pokazywał, jak je zrobić. Nie wpadło mi to do głowy w procesie tworzenia. Ale w sumie na żywo, wielkie, ciepłe żywo, ja tam się nie kłócę o to dopasowanie. Przynajmniej cieplej. Domowo znaczy. Ale tuż przed wyjściem, bo twarz makijażem zrobiona, przyznaję bez bicia. Dłoni nie malowałam.
Może odrobinę węższe te rękawy mogłyby być? I kolor tutaj najbardziej zbliżony do oryginału. Tego szaro, buro, zzz..., zieleń?? Ale długość jest ok, do domowego mycia filiżanki po kawie mogę je podwinąć, ale poza tym pasują domowo i-d-e-a-l-n-i-e!
Nie mogę się wprost napatrzeć, zdjęcia cudne, bluzka uszyta, wyzwanie poznańskie zaliczone, dzianina z internetu, wykrój - kompozycja własna. No, cudnie po prostu!
:)
czwartek, 20 listopada 2014
Czas na odświeżenie. W pudełku
Bo czasem trzeba odświeżyć: wiedzę, zasoby, umiejętności. No więc szyciowych nie zgubiłam, rozwijają się, zasoby rosną w tempie przerażającym, a wiedza. Cóż, jakby to ująć. Znalazłam na przykład pudełka, no takie prawie pudełka, bo z materiału. Ale zawsze coś, prawda?
Uszycie ich nie było wielkim wyczynem, jak już posiadło się umiejętność składania materiałów w odpowiednim kierunku i szycia w odpowiedniej kolejności. Na szczęście chociaż kolory się dogadują.
Pudełeczka zgrabne, dopóki się nie zakurzą, będzie git. Potem wpadną do pralki. Na zdjęciach prezentują się dumnie, chociaż jeden trochę się skrzywił na widok aparatu.
W środku przepastna powierzchnia pozwalająca umieścić sporo skarbów.
Wyszły trochę wysokie, jednak umiejętności nie do końca pozwalają przewidzieć - ot, tak z automatu - że rozmiar na płasko skutkuje przewidzianym efektom końcowym. Nic to, zawsze mogę sobie w nich schować coś wysokiego.
Dodatkowo na powyższym zdjęciu mamy niecodzienną możliwość obserwacji idealnie wręcz ( i w nóż) zgranych szwów. Po prostu och! ta moja wiedza!
Idę sobie popakować szpargały w pudełka. Jak wysokości zabraknie, popełnię następne - trochę szersze.
I wrócę niebawem, bo w końcu ileż można milczeć na tym blogu! Pozdrawiam :)
Uszycie ich nie było wielkim wyczynem, jak już posiadło się umiejętność składania materiałów w odpowiednim kierunku i szycia w odpowiedniej kolejności. Na szczęście chociaż kolory się dogadują.
Pudełeczka zgrabne, dopóki się nie zakurzą, będzie git. Potem wpadną do pralki. Na zdjęciach prezentują się dumnie, chociaż jeden trochę się skrzywił na widok aparatu.
W środku przepastna powierzchnia pozwalająca umieścić sporo skarbów.
Dodatkowo na powyższym zdjęciu mamy niecodzienną możliwość obserwacji idealnie wręcz ( i w nóż) zgranych szwów. Po prostu och! ta moja wiedza!
Idę sobie popakować szpargały w pudełka. Jak wysokości zabraknie, popełnię następne - trochę szersze.
I wrócę niebawem, bo w końcu ileż można milczeć na tym blogu! Pozdrawiam :)
poniedziałek, 6 października 2014
Pognieciony sztruks - spódnica
Muszę się przyznać od razu, ten uszytek jest pognieciony. Tak, jak dobrze mi się współpracuje
z Maszyną, tak obie uciekamy od żelazka. A nawet, jak się uda - to na koniec i tak wygląda to jak zwierzęciu agresywnemu... z pyska... Ale w tym przypadku, to ten gnieciony sztruks wcale nie jest największym problemem...
A i oto ona, spódnica z półkola, z wymiarów z natury (pasuje) i z koloru w szarościach. Nie, właśnie nie ten brąz, a szarości, ale nocne zdjęcia...
Już prawie widać co jest grane, ale jeszcze chwilka. Spódnica podwinięta granatową nitką, żeby nie było za ponuro, przed kolano...
Zwykłe podwinięcie, tylko nitki materiału tak się układają. Ogólnie podwinięte naokoło, bo i taki kształt siłą rzeczy uzyskałam. Nawet to wszystko wygląda:
Są i kolana, jako rzeczone. Są i zagniecenia. Ale nie to jest najgorsze. Wiadomo już? To dlaczego jasny gwint mi się ten pasek zawija? Marszczy się i jest kicha. Ja wiem, z rozpędu pocięłam go w jednej linii, a powinien być po łuku, tak? Pruć i robić od nowa? I wyprasować?
Nawet w rozpędzie i w półkole krążąc wszyłam zamek, umarłam przy górnym zapięciu i mimo starań, pasek wyprostować się nie chce. Ja go widziałam wyraźnie, jak on przeskakiwał! Ten sztruks!
I straciłam zapał, mimo zapewnień Maszyny, że ona jeszcze może pokombinować... Pozostaje mi paskowa zabawa od nowa? Bo jak sweter narzucę, to nie widać, ale jednak, prawda??
z Maszyną, tak obie uciekamy od żelazka. A nawet, jak się uda - to na koniec i tak wygląda to jak zwierzęciu agresywnemu... z pyska... Ale w tym przypadku, to ten gnieciony sztruks wcale nie jest największym problemem...
A i oto ona, spódnica z półkola, z wymiarów z natury (pasuje) i z koloru w szarościach. Nie, właśnie nie ten brąz, a szarości, ale nocne zdjęcia...
Już prawie widać co jest grane, ale jeszcze chwilka. Spódnica podwinięta granatową nitką, żeby nie było za ponuro, przed kolano...
Zwykłe podwinięcie, tylko nitki materiału tak się układają. Ogólnie podwinięte naokoło, bo i taki kształt siłą rzeczy uzyskałam. Nawet to wszystko wygląda:
Nawet w rozpędzie i w półkole krążąc wszyłam zamek, umarłam przy górnym zapięciu i mimo starań, pasek wyprostować się nie chce. Ja go widziałam wyraźnie, jak on przeskakiwał! Ten sztruks!
I straciłam zapał, mimo zapewnień Maszyny, że ona jeszcze może pokombinować... Pozostaje mi paskowa zabawa od nowa? Bo jak sweter narzucę, to nie widać, ale jednak, prawda??
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























